Rozdział III - "Tam, gdzie Słońce zachodzi"



Ranek w Ameronie perlił się rosą na listkach krzewów. Wschodzące słońce przeglądało się w kropelkach wody, jaśniejąc swą urodą. Mgła unosiła się coraz wyżej i wyżej nad budzącym się do życia miastem. Pierwsze kramarki na ulicy Wiązów rozkładały swe stragany, pierwsi przechodnie pokazywali się na chodnikach zmierzając tylko w sobie znanych celach.
Sephin westchnęła cicho, oglądając osnute białym welonem budynki. Szkoda jej będzie opuszczać dwór de Vessaux, ale co trzeba to trzeba. Nie będzie przecież pośmiewiskiem dla wielmożnego pana Kataraia. Wstrząsnęła się na samą myśl o nim - o nim! Co też sobie myślała... Że się zmieni? Że wydorośleje?
- Łudziłaś się mała, przyznaj to wreszcie - mruknęła sobie i zdecydowanym ruchem przełożyła nogi przez parapet. Katarai co prawda ulokował jej pokój na drugim piętrze, ale od czego są gzymsy... Podziwiała jeszcze przez minutę panoramę śniącego wciąż ostatnie nocne sny Ameronu, kiedy z zamyślenia wyrwał ją odgłos kroków. Brzęk sprzączek, szuranie... Tak, to on.
Czym prędzej zsunęła się na gzyms przyciskając plecy do ściany.

* * *


Nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, kiedy uznał, że musi zerknąć przynajmniej czy Sepoh jest na swoim miejscu. Wstał więc i poszedł. A kiedy otworzył drzwi, zobaczył rozgrzebaną pościel i pozłacany widelec na parapecie otwartego okna, wszystko było już jasne.
Odwrócił się i pobiegł. Miał złe przeczucie.

* * *


Dopadła pierwszego lepszego, który był w zasięgu jej wzroku. Tym szczęśliwcem okazał się kasztanek z białą łysinką. Czym prędzej osiodłała konika po czym jeszcze w stajni wybiła się i jednym skokiem znalazła się na kulbace. Usłyszała kroki. Brzęczące klamerkami.
Co, już, tak szybko? Czy ten cholernik musi mieć takie przeczucia?
Mimowolnie uśmiechnęła się, mrużąc nieco ślepka. Nie będzie księżniczką zamkniętą w klatce etykiety. Jej naerska krew dała w końcu wyraźny znak.
- Yaaaaa, koniku!
Dzianecik zadrobił kopytkami, zarżał, że aż zatrzęsły się ściany stajni i ostro wyrwał do przodu przez otwarte drzwi. O mały włos nie stratował Kataraia, który w tym momencie zamierzał wejść do środka, a który odskoczył niemal w ostatniej chwili.
- Respice, ty głupku! - wydarł się jeszcze za nią i capnął wierzchowca gońca, który zeszłej nocy przybył z dyspozycjami z Zu. Wdrapał się na grzbiet gniadosza i zmusił go do biegu.
Sephin nie oglądała się przez jakiś czas. Ale gdy usłyszała za sobą tętent kopyt zaryzykowała szybkie spojrzenie w tył. Na widok pogoni, niemal wtuliła twarz w grzywę swego rumaka, wciąż przynaglając go do szybszego biegu. Katarai jednak wciaż był z tyłu. Wyjechała z posesji w ulicę Główną, przecwałowała przez prawie całą jej długość potrącając nieuważnych przechodniów. Jakiś ujadający pies zaplątał się wprost pod kopyta wierzchowca, wizgnął i umilkł. Jakaś kobieta, chyba właścicielka pieska krzyknęła, wołając straże, zza rogu wychynął sierżant Cole na przydziałowym bachmacie. Rozpoznał awanturniczkę, gwizdnął na podwładnych, zebrali się do biegu. Zaraz śmignął gniady koń z jeźdźcem, przeniosło ich o włos od straży.
- Piraci drogowi! - zawył Cole i pognał za nimi.
Katarai obejrzał się i zaklął. Lasair też się obejrzała i krzyknęła, rozpoznając prześladowców sprzed kilku dni. Skręciła w rejon przyportowy, przecięła Krwawą, niczym cień minęła tawernę "Złoty Róg". Tu mgła była gęstsza, ale gnała bez wahania, jakby znała drogę na pamięć. Katarai starał dzielnie dotrzymywać kroku rudej, ale jego rumak był bez porównania pośledniejszy, wszak to koń gońca. Konie strażników biegły z trudem unosząc łby w górze.
Wpadli do portu. Tu mgła była gęstsza, uliczki węższe.
- Jeszcze trochę, jeszcze trochę koniku... - szeptała ruda gorączkowo, szkapa jakby rozumiejąc dawała z siebie wszystko. Rżenie, wizg i krzyk. Katarai? Nie, to koń strażnika.
- Lasaaaaair!
- Nie!
Z mgły wyłaniał się koniec molo. Widać też było burtę odbijającego powoli od brzegu statku Kompanii Handlowej.
- Yaaaaaaaa!
Sephin zacisnęła oczy. "Bogowie, jeśli istniejecie... niech ta moja szkapa doskoczy...jeśli istniejecie... proszę..."
Uderzenie o molo. Krzyki z tyłu. Wiatr pieszczący twarz, rozwiewający włosy. Drżenie mięśni kasztanka. Łomot kopyt o deski pokładu.
Rudowłosa, skulona w siodle otworzyła ostrożnie ślepia. Najpierw jedno, potem drugie. Gdzieś tam, za daleko by już skoczyć, było molo. Widziała, jak gniadosz Kataraia przysiadł na zadzie, wrył kopyta w deski mola, ledwo zatrzymując się tuż przy krawędzi. Widziała, jak Cole dopada jej przyjaciela i chwyta jedną dłonią za uzdę konia a drugą za ramię pana de Vessaux. Widziała wreszcie jego pobladłą twarz, zdziwiony wzrok pytające niemo "Dlaczego?".

Widziała to wszystko. A resztę pochłonęła mgła.
Respice

Szablon wykonała Reni wyłącznie dla mnie. Przy tworzeniu korzystała z galerii

Witaj, przybyszu. Oto historia o wolności, instynktach i przywiązaniu.
Chcesz poznać i pokochać jej bohaterów?
Zobaczyć kto jest przyjacielem lub zgłębić opowieści innych?
A może chcesz przeczytać wpisy w Dzienniku Okrętowym lub zostawić
własne?





Prolog
Rozdział I cz. I
Rozdział I cz.II
Rozdział II
Nota Informacyjna
Rozdział III